Właśnie zakończyła się już piąta wystawa w Galerii “Zoya”, działającej od listopada ubiegłego roku w jednym z najbardziej ruchliwych miejsc Warszawy. “Życie na zewnątrz i wewnątrz” – tak mówi o nim założyciel i właściciel “Zoyi” Dariusz Żukowski. Na zewnątrz miejski zgiełk, wewnątrz artystyczny ferment: wystawy, koncerty grup rockowych i folkowych, pokazy filmów, prezentacje książek, różne spotkania na różne tematy. A wszystko zaczęło się przez przypadek. Od zauroczenia obrazami na szybach samochodowych, malowanymi przez Zoję Łucewicz z Białorusi. Galeria zaistniała w jej intencji i po części nosi jej imię, bo właściwie nazwa “Zoya” jest kompilacją imienia artystki i greckiego słowa Zoe – życie.
Później był międzynarodowy plener malarski w Białowieży, na który zaproszono wybitnych artystów z Norwegii, Rumunii, Grecji, Włoch, Białorusi, Węgier, Litwy i Polski. Stworzyli oni swoistą mieszankę kultur, styli i temperamentów. Plener uwieńczono wystawą w Muzeum Przyrodniczym w Białowieży. Następnie w Galerii zorganizowano wystawę Georgiany Cozmy z Rumunii oraz Władimira Ceslera i Siergieja Wojczenki z Białorusi. Linia programowa “Zoyi” została więc jasno określona: kierunek Europa Wschodnia.
W-NLA
Od 13 marca do 7 kwietnia ściany “Zoyi” zdobiły ludowe makatki z Podlasia, a sama wystawa nosiła tytuł “Wiosna – Nieznani Ludowi Artyści”, czyli w skrócie W-NLA. Dlaczego w skrócie? “Bo skróty są obecnie na topie” – tłumaczą jej organizatorzy. Makatki miały wyjątkową historię. Pochodziły z dwóch źródeł. Pierwszym była prywatna kolekcja szefa Galerii, drugim – zbiory pensjonatu “Sioło Budy” w Puszczy Białowieskiej. Właściciele pensjonatu jakiś czas temu postanowili zrobić tam skansen. Przywieźli stary drewniany budynek ze wsi Dobrywoda koło Kleszczel i zaczęli zbierać do niego eksponaty związane z regionem. W ich progach szybko pojawili się mieszkańcy okolicznych wsi, oferujący najrozmaitsze klamoty ze starych rodzinnych kufrów. Wśród tego dobrodziejstwa były także makatki, które stały się częścią prezentowanej w Galerii “Zoya” kolekcji. Pochodziły głównie z lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Kilka było młodszych, na co wskazywał trochę inny ścieg i przede wszystkim maszynowe, a nie ręczne obrabianie. Uznano je za anonimowe, bo trudno dziś zidentyfikować autorów. Zdecydowaną większość makatek zdobiły kwiaty. Takie najbardziej podobały się Dariuszowi Żukowskiemu i takie też było założenie wystawy. Miała ona tworzyć pogodny, wiosenny nastrój. Poza tym kwiaty były najczęściej wykorzystywanym motywem dekoracyjnym twórców, a właściwie twórczyń, jako że makatki wyszywały głównie kobiety.
Kwiaty na czarnym tle, czasami na jasnym. Wszystko po mistrzowsku skomponowane, z doskonale dobranymi kolorami. Większość kolekcji to symetryczne kompozycje kwiatowe, ale pojawiły się także kwiaty w wazonach i koszykach, bociany w stawie i wzruszająca do łez zakochana para w kwiecistej otoczce. Nie ulega wątpliwości, że makatki te tworzono z natury, że była to sztuka przedstawiająca. Kwiaty i liście miały swe własne kształty, były zindywidualizowane. Uproszczone, ale nie zbanalizowane. Zdumiewające jest także, w jak syntetyczny sposób przestawiona została, na przykład woda w wazonie, czy sploty wiklinowego koszyka. Kolory makatek są stonowane, bardzo harmonijne. Oczywiście na wystawę trafiło także kilka pstrokatych, bo artysta dysponował akurat takimi, a nie innymi nitkami, ale nawet w tych przypadkach uderzała bardzo precyzyjnie przemyślana kompozycja barw.
Wieś-Art
Pierwsze makatki malowano farbami olejnymi. Wzorowane były na obrazach i ozdobach wiszących w domach ludzi zamożnych. Dopiero później pojawiły się makatki wyszywane. Robiono je ze wszystkiego, co akurat było pod ręką: nitek, wełenek, lancety... Na niektórych umieszczano przysłowia, ludowe powiedzonka, różne sentencje. Makatka miała zdobić izbę i chronić domowników przed chłodem ścian. Nigdy nie była wdzięcznym tematem dla historyków sztuki, bo niezwykle trudno ją sklasyfikować. Nieczęsto także gości w salonach, galeriach czy na wystawach. Zarzuca się jej, że jest kiczowata, że w ogóle nie jest sztuką, a jeśli jest, to ludową, czyli żadną. Jednym słowem – środowiska artystyczne drażni jej wiejskie pochodzenie. Galeria “Zoya” przełamała ten stereotyp. Pokazała kolekcję podlaskich makatek: radosnych, wesołych, niezwykle optymistycznych. Po prostu pięknych! Wywołały one cały wachlarz najrozmaitszych reakcji wśród zwiedzających. Jedni się zachwycali. Inni byli zaskoczeni, że galeria znana dotychczas z organizacji bardzo elitarnych wystaw prezentuje ludowe wyszywanki. Jeszcze inni mówili coś o kiczu i cepelii. Prasa rozpisywała się o prowokacji, próbie dystansowania od sztuki wysokiej oraz żonglowała terminami w rodzaju wieś-art czy ludowy pop-art. Makatki natomiast wisiały spokojnie na kolorowych ścianach gościnnej galerii i chwytały za serce każdego stęsknionego za wiosną i wrażliwego na sztukę. Bo bez wątpienia są one sztuką i to sztuką najszczerszą z możliwych. Wystarczy przyjrzeć się procesowi twórczemu, który odbywał się w duszy ludowego artysty, jego sposobie patrzenia na rzeczywistość. Makatki powstały z prawdziwej potrzeby tworzenia i prawdziwej potrzeby ozdabiania świata. Były to rzeczy niekomercyjne i unikatowe. A że ich autorzy nie mieli dyplomu uczelni artystycznej i warsztatu jako takiego? No cóż, nie mieli... Mieli za to wielki talent i dar Boży. Czy jest coś ważniejszego w sztuce?
Anna KORZENIOWSKA-BIHUN
Zdjęcia autorki artykułu
Wystawa podlaskich makatek prezentowana była także w pensjonacie “Sioło Budy” pod Białowieżą od 29 kwietnia do końca maja.



